Wreszcie przeniosłam swojego drugiego bloga. ^^ Mam nadzieję, że szybko najdzie mnie natchnienie na pisanie kolejnych rozdziałów tego opowiadania (chociaż jeśli chodzi o formę, to miała być właściwie powieść - ale to brzmi zbyt nadęcie).
Do wszystkich czytelników mam prośbę - jeśli jest ktoś, kto zna się na robieniu szablonów na blogspota, niech się ze mną skontaktuje.
Z góry dzięki.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Rozdział 5
Z dedykacją dla Nami i Bezimiennej. Oraz dla Hannami.
5.
Ten, kto wszedł do pokoju, szurał. Jakby te wielkie, czarne buciory były na niego znacznie za duże. Po podłodze za nim ciągnął się długi, chyba wojskowy płaszcz.
Nagato mocno wpił palce w ramiona dziewczyny, ale ona odepchnęła go niecierpliwie.
- Konan? - rozległ się niepewny głos. - Jesteś tu?
Konan przyłożyła palec do ust, złapała jakąś leżącą pod łóżkiem rzecz i rzuciła nią w nogi przybysza. Ów krzyknął krótko, bardziej ze zdziwienia niż ze strachu i odskoczył na bok, a ona wypełzła spod łóżka, śmiejąc się głośno.
Przybysz najpierw chyba zaniemówił, ale zaraz zaczął śmiać się razem z nią, miłym, chłopięcym śmiechem.
- Popierdoliło cię do reszty? - spytał wesoło.
Nie mógł być dużo starszy od nich. Nagato już zaczął zastanawiać się, czy nie wyjść spod łóżka, kiedy Konan podeszła bliżej, pochyliła się, złapała go za ręce i pociągnęła mocno, wyciągając spod mebla jego oraz mnóstwo, mnóstwo kurzu.
Chłopiec wstał, opierając się o jej ramię i zaczął otrzepywać się z szarych dziadów. Niepewnie podniósł wzrok i spojrzał na chłopaka, którego Konan najwyraźniej znała.
Był on wyższy od nich i chyba lepiej zbudowany, ale przez przynajmniej dwukrotnie za duży płaszcz wydawał się dziwnie drobny i mały. Miał rude włosy obcięte na krótkiego jeża i nawet ładne, brązowe oczy, którymi teraz wpatrywał się krytycznie w uwalanego kurzem Nagato.
- Skąd go wzięłaś, Konan? - spytał, wyraźnie niezadowolony.
- Znalazłam na klatce schodowej – odpowiedziała dziewczyna. - Był taki biedny i samotny... Możemy go zatrzymać? - zrobiła smutną minę, jakby pytała rodziców, czy może zatrzymać znalezione na ulicy zwierzątko.
Rudy zaczął zbliżać i oddalać palec od ust, jakby się zastanawiał, co z tym fantem zrobić.
- A co on umie? - spytał.
- Jakbym ja nic nie umiała, to byś mnie zostawił? - warknęła Konan.
- Oczywiście, że nie! - zbulwersował się chłopak. - W końcu jesteś moją przyjaciółką!
- A on jest moim przyjacielem! - stwierdziła dobitnie dziewczynka. - Znalazłam go i jest mój. Poza tym na pewno coś umie, tylko jeszcze nie wiemy, co.
Chłopak jeszcze przez moment wyglądał na mocno poirytowanego, ale zaraz uśmiechnął się szeroko i powiedział:
- No to jesteś z nami, mały. Jak się nazywasz?
- Nagato – mruknął cichutko chłopiec.
Czuł się trochę skrępowany tą sytuacją. Z jednej strony naprawdę nie chciał zostać sam, ale nie chciał też być dla nich problemem. Oboje wyglądali na ludzi, którzy dadzą sobie radę nawet po tym, jak w świat uderzyło piętnaście bomb atomowych.... Ale nie było gwarancji, że poradzą sobie, musząc dodatkowo chronić taką małą beksę jak on.
Rudy wyciągnął rękę w jego stronę.
- A ja jestem Yahiko – przedstawił się. - Chyba się nie boisz, co?
Nagato lekko uścisnął jego dłoń, ale zaraz się cofnął.
- Nie, nie boję się – szepnął.
Nie kłamał. Nie bał się, po prostu trochę się wstydził. Wydawało mu się to głupie, ale ten chłopak wprawiał go w pewnego rodzaju zakłopotanie i onieśmielenie.
- No dobra, wierzę ci. – Ton głosu Yahiko wskazywał na to, że wcale mu nie uwierzył. - Powiedz, mały, potrafisz ty coś?
Chłopiec pokręcił głową, wpatrując się w jego buciory. Konan spojrzała w okno.
- Nie zmieścimy się we trójkę pod jednym płaszczem – stwierdziła.
Deszcz nadal padał, ale na szczęście wiatr wiał tak, że krople nie wpadały do mieszkania, pchane w stronę przeciwległego bloku. Nie zmieniało to faktu, że było paskudnie zimno.
- Chyba powinniśmy iść do innych mieszkań i poszukać jakichś ciuchów – mruknęła, a w jej głosie Nagato po raz pierwszy usłyszał niepewność i lęk.
- Możemy tu poczekać – odpowiedział jej Yahiko tonem jasno wskazującym, że coś przed nią ukrywa.
- Nie możemy! - warknęła dziewczyna. - Jak wleziemy na wyższe piętra, to nie uciekniemy, jeśli nas znajdą!
Rudy uśmiechnął się z pewną dozą łagodnej wyższości – jakby czuł się dojrzały przy małej, nieuświadomionej Konan.
- Nikt nas nie znajdzie – stwierdził wesoło. - Jesteśmy całkiem bezpieczni. Widziałem Obserwatorów, kiedy tu szedłem.
Nagato mocno wpił palce w ramiona dziewczyny, ale ona odepchnęła go niecierpliwie.
- Konan? - rozległ się niepewny głos. - Jesteś tu?
Konan przyłożyła palec do ust, złapała jakąś leżącą pod łóżkiem rzecz i rzuciła nią w nogi przybysza. Ów krzyknął krótko, bardziej ze zdziwienia niż ze strachu i odskoczył na bok, a ona wypełzła spod łóżka, śmiejąc się głośno.
Przybysz najpierw chyba zaniemówił, ale zaraz zaczął śmiać się razem z nią, miłym, chłopięcym śmiechem.
- Popierdoliło cię do reszty? - spytał wesoło.
Nie mógł być dużo starszy od nich. Nagato już zaczął zastanawiać się, czy nie wyjść spod łóżka, kiedy Konan podeszła bliżej, pochyliła się, złapała go za ręce i pociągnęła mocno, wyciągając spod mebla jego oraz mnóstwo, mnóstwo kurzu.
Chłopiec wstał, opierając się o jej ramię i zaczął otrzepywać się z szarych dziadów. Niepewnie podniósł wzrok i spojrzał na chłopaka, którego Konan najwyraźniej znała.
Był on wyższy od nich i chyba lepiej zbudowany, ale przez przynajmniej dwukrotnie za duży płaszcz wydawał się dziwnie drobny i mały. Miał rude włosy obcięte na krótkiego jeża i nawet ładne, brązowe oczy, którymi teraz wpatrywał się krytycznie w uwalanego kurzem Nagato.
- Skąd go wzięłaś, Konan? - spytał, wyraźnie niezadowolony.
- Znalazłam na klatce schodowej – odpowiedziała dziewczyna. - Był taki biedny i samotny... Możemy go zatrzymać? - zrobiła smutną minę, jakby pytała rodziców, czy może zatrzymać znalezione na ulicy zwierzątko.
Rudy zaczął zbliżać i oddalać palec od ust, jakby się zastanawiał, co z tym fantem zrobić.
- A co on umie? - spytał.
- Jakbym ja nic nie umiała, to byś mnie zostawił? - warknęła Konan.
- Oczywiście, że nie! - zbulwersował się chłopak. - W końcu jesteś moją przyjaciółką!
- A on jest moim przyjacielem! - stwierdziła dobitnie dziewczynka. - Znalazłam go i jest mój. Poza tym na pewno coś umie, tylko jeszcze nie wiemy, co.
Chłopak jeszcze przez moment wyglądał na mocno poirytowanego, ale zaraz uśmiechnął się szeroko i powiedział:
- No to jesteś z nami, mały. Jak się nazywasz?
- Nagato – mruknął cichutko chłopiec.
Czuł się trochę skrępowany tą sytuacją. Z jednej strony naprawdę nie chciał zostać sam, ale nie chciał też być dla nich problemem. Oboje wyglądali na ludzi, którzy dadzą sobie radę nawet po tym, jak w świat uderzyło piętnaście bomb atomowych.... Ale nie było gwarancji, że poradzą sobie, musząc dodatkowo chronić taką małą beksę jak on.
Rudy wyciągnął rękę w jego stronę.
- A ja jestem Yahiko – przedstawił się. - Chyba się nie boisz, co?
Nagato lekko uścisnął jego dłoń, ale zaraz się cofnął.
- Nie, nie boję się – szepnął.
Nie kłamał. Nie bał się, po prostu trochę się wstydził. Wydawało mu się to głupie, ale ten chłopak wprawiał go w pewnego rodzaju zakłopotanie i onieśmielenie.
- No dobra, wierzę ci. – Ton głosu Yahiko wskazywał na to, że wcale mu nie uwierzył. - Powiedz, mały, potrafisz ty coś?
Chłopiec pokręcił głową, wpatrując się w jego buciory. Konan spojrzała w okno.
- Nie zmieścimy się we trójkę pod jednym płaszczem – stwierdziła.
Deszcz nadal padał, ale na szczęście wiatr wiał tak, że krople nie wpadały do mieszkania, pchane w stronę przeciwległego bloku. Nie zmieniało to faktu, że było paskudnie zimno.
- Chyba powinniśmy iść do innych mieszkań i poszukać jakichś ciuchów – mruknęła, a w jej głosie Nagato po raz pierwszy usłyszał niepewność i lęk.
- Możemy tu poczekać – odpowiedział jej Yahiko tonem jasno wskazującym, że coś przed nią ukrywa.
- Nie możemy! - warknęła dziewczyna. - Jak wleziemy na wyższe piętra, to nie uciekniemy, jeśli nas znajdą!
Rudy uśmiechnął się z pewną dozą łagodnej wyższości – jakby czuł się dojrzały przy małej, nieuświadomionej Konan.
- Nikt nas nie znajdzie – stwierdził wesoło. - Jesteśmy całkiem bezpieczni. Widziałem Obserwatorów, kiedy tu szedłem.
Rozdział 4
4.
Konan wyjęła wsuwkę z włosów i zaczęła grzebać nią w zamku. Nagato bardzo chciał poprosić ją, żeby tego nie robiła – nadal przerażało go to, co mogło być w środku – ale nie chciał, żeby na niego nakrzyczała. Wiedział, że skoro już go znalazła, teraz bez niej będzie bał się tysiąc razy bardziej, niż przedtem.
Konan wyjęła wsuwkę z włosów i zaczęła grzebać nią w zamku. Nagato bardzo chciał poprosić ją, żeby tego nie robiła – nadal przerażało go to, co mogło być w środku – ale nie chciał, żeby na niego nakrzyczała. Wiedział, że skoro już go znalazła, teraz bez niej będzie bał się tysiąc razy bardziej, niż przedtem.
Coś zachrzęściło obiecująco. Dziewczyna wyjęła spinkę z dziurki od klucza i nacisnęła na klamkę. Na ciemną klatkę schodową przedostał się wąski promyk światła.
- No już! - ucieszyła się Konan.
Otworzyła drzwi na oścież i weszła do środka.
- Zaczekaj! - jęknął żałośnie Nagato.
- No już! - ucieszyła się Konan.
Otworzyła drzwi na oścież i weszła do środka.
- Zaczekaj! - jęknął żałośnie Nagato.
Zasłonił oczy przed rażącym go światłem.
- Nie bój się, mały – powiedziała dziewczynka tonem osoby chcącej sprawiać wrażenie dorosłej i odpowiedzialnej. - Tu nic nie ma. A nawet jeśli jest, to ja cię obronię!
Wychyliła się za futrynę, mocno złapała go za rękę i wciągnęła do mieszkania.
- Nie bój się, mały – powiedziała dziewczynka tonem osoby chcącej sprawiać wrażenie dorosłej i odpowiedzialnej. - Tu nic nie ma. A nawet jeśli jest, to ja cię obronię!
Wychyliła się za futrynę, mocno złapała go za rękę i wciągnęła do mieszkania.
Nagato wstrzymał oddech, otworzył oczy i...
I nic się nie stało.
Mieszkanie wyglądało normalnie. Było podobne do tego, w którym Nagato mieszkał przed wojną, a które pamiętał jak przez mgłę. W środku nie śmierdziało tak bardzo, jak na klatce schodowej.
- Nie bój się – powtórzyła Konan, rozglądając się po stęchłym przedpokoju.
Naprzeciwko drzwi stała wpasowana we wnękę szafa, otwarta i pusta. Dziewczyna weszła do niej, kopnęła w tylne drzwi, po czym odskoczyła w tył, by zacząć męczyć jej drzwi.
- Gdyby ktoś zaczął się pałętać na podwórku, to wskakujemy do środka, zamykamy się tam i udajemy, że nas nie ma – stwierdziła wesoło, po czym dała spokój drzwiom i ruszyła w stronę jednego z pokojów.
Zatrzymała się na progu, zorientowawszy się, że Nagato za nią nie idzie.
- No kurka, znowu się boisz? - westchnęła.
Złapała go za ubranie i pociągnęła mocno, niedelikatnie.
Wnętrze pokoju wyglądało zupełnie normalnie, jeśli nie liczyć rozrzuconych na parapecie i podłodze odłamków potłuczonej szyby oraz grubej warstwy kurzu, pokrywającej półki do tego stopnia, że nie dawało się zidentyfikować ich zawartości.
Na fotelu nie siedział zmumifikowany trup, na łóżku nie rozkładały się żadne zwłoki. Nagato nie zauważył nawet najmniejszej, martwej myszki na dywanie.
Konan pewnie weszła do środka, stanęła na środku pokoju i zaczęła się rozglądać. Oczywiście, trzymała się w bezpiecznej odległości od okna, przez które wpadał coraz mniej ulewny deszcz.
Kiedy coś przyciągnęło jej uwagę, uśmiechnęła się szeroko. Ruszyła w stronę niedużego biureczka i otworzyła szufladę. Grzebała w niej przez moment, przekładając jakieś koperty, aż w końcu zagwizdała cicho i wyjęła coś z jej wnętrza.
Nagato stał przez moment, tocząc wewnętrzną walkę, ale ciekawość szybko zwyciężyła strach – chłopiec podszedł do Konan, ciekaw, co znalazła.
Jak się okazało, w dłoniach trzymała kilka kawałków papieru z wydrukowanymi cyframi.
- To pieniądze – szepnęła, jakby odkryła coś wyjątkowo ważnego, rzadkiego i niespotykanego. - Gdybyśmy żyli przed wojna... Moglibyśmy kupić za nie dużo. Może samochód, może nawet samolot. A na pewno dużo, dużo jedzenia.
- Ile ich jest? - spytał cichutko Nagato.
Nie pamiętał, ile przed wojną kosztowało jedzenie i nigdy nie znał ceny samolotu czy samochodu.
- Zaczekaj, policzę.
Zaczęła szeleścić papierkami, patrząc na wypisane na nich cyfry. Potrwało to dłuższą chwilę.
- To będzie... - zawahała się. - Cztery tysiące. Cztery i dwa zera to będzie... A nie, to będzie tylko czterysta. Za mało na samochód, bo rodzice kupili za dwa tysiące – posmutniała. - Na samolot pewnie też. Ale na jedzenie na pewno nie nie.
- Myślisz, że ktoś będzie chciał teraz wziąć pieniądze za jedzenie? - zapytał ją chłopiec.
W jego głosie nie było powątpiewania, tylko chęć chłonięcia wiedzy o świecie, w którym Konan odnajdywała się widocznie lepiej od niego.
- Na pewno gdzieś – odpowiedziała mu bez wahania. - Nie w tym mieście, ale gdzieś na pewno. Pewnie jest jakiś posterunek, jakaś baza, gdzie są bardzo ważni, silni i mądrzy ludzie. Może kiedyś ich znajdziemy... Znajdziesz. Albo znajdziecie.
Nagato chciał spytać, kogo ma na myśli mówiąc „znajdziecie”, ale zabolała go to, jak poprawiła się po słowie „znajdziemy”.
- A ty nie znajdziesz? - szepnął.
- Ja jestem chora – odpowiedziała z zaskakującą, nieadekwatną wręcz pewnością siebie. Trochę... jakby się tym szczyciła. - Jestem zarażona i pewnie niedługo umrę. Dlatego mam nadzieję, że spotkamy mojego kumpla, zanim to się stanie. Wypadałoby, żeby ktoś się tobą zajął, kiedy ja już kopnę w świetlika.
Nagato zamilkł, smutny i zmieszany. Wiedział, że będzie czuł się strasznie samotny, kiedy Konan kopnie w świetlika, ale z drugiej strony... Przecież wcale nie wyglądała na chorą. Jak na kogoś, kto tak rzadko jadł, najpewniej regularnie się podtruwał i żył w ciągłym zagrożeniu, wydawała się być wręcz okazem zdrowia.
Starannie złożyła banknoty i wsunęła je do kieszeni luźnych, za dużych dżinsów.
- Zanim kopnę w świetlika, dam ci pieniądze – obiecała.
Lekko klepnęła go w ramię, ale zaraz cofnęła rękę, jakby przypomniawszy sobie o swojej chorobie.
- No i wtedy wydasz je w tej bazie czy posterunku, na broń, jedzenie i...
Zamilkła. Po klatce schodowej ktoś łaził, i było zdecydowanie za późno, żeby przejść do przedpokoju i schować się w szafie. A już na pewno za późno, żeby zrobić to po cichu.
- Chodź! - warknęła.
Upadła na podłogę, ciągnąc chłopaka za sobą, i wczołgała się pod łóżko. Nagato wtulił się w nią mocno, zupełnie niezrażony wizją zarażenia się czymś paskudnym, a ona nie protestowała. Widocznie nie chciała hałasować, bo rozległ się dźwięk otwieranych drzwi i w przedpokoju rozległy się ciężkie kroki.
A potem ktoś wszedł do pokoju i oczom schowanych pod łóżkiem dzieci ukazała się para wielkich, czarnych butów.
- Nie bój się – powtórzyła Konan, rozglądając się po stęchłym przedpokoju.
Naprzeciwko drzwi stała wpasowana we wnękę szafa, otwarta i pusta. Dziewczyna weszła do niej, kopnęła w tylne drzwi, po czym odskoczyła w tył, by zacząć męczyć jej drzwi.
- Gdyby ktoś zaczął się pałętać na podwórku, to wskakujemy do środka, zamykamy się tam i udajemy, że nas nie ma – stwierdziła wesoło, po czym dała spokój drzwiom i ruszyła w stronę jednego z pokojów.
Zatrzymała się na progu, zorientowawszy się, że Nagato za nią nie idzie.
- No kurka, znowu się boisz? - westchnęła.
Złapała go za ubranie i pociągnęła mocno, niedelikatnie.
Wnętrze pokoju wyglądało zupełnie normalnie, jeśli nie liczyć rozrzuconych na parapecie i podłodze odłamków potłuczonej szyby oraz grubej warstwy kurzu, pokrywającej półki do tego stopnia, że nie dawało się zidentyfikować ich zawartości.
Na fotelu nie siedział zmumifikowany trup, na łóżku nie rozkładały się żadne zwłoki. Nagato nie zauważył nawet najmniejszej, martwej myszki na dywanie.
Konan pewnie weszła do środka, stanęła na środku pokoju i zaczęła się rozglądać. Oczywiście, trzymała się w bezpiecznej odległości od okna, przez które wpadał coraz mniej ulewny deszcz.
Kiedy coś przyciągnęło jej uwagę, uśmiechnęła się szeroko. Ruszyła w stronę niedużego biureczka i otworzyła szufladę. Grzebała w niej przez moment, przekładając jakieś koperty, aż w końcu zagwizdała cicho i wyjęła coś z jej wnętrza.
Nagato stał przez moment, tocząc wewnętrzną walkę, ale ciekawość szybko zwyciężyła strach – chłopiec podszedł do Konan, ciekaw, co znalazła.
Jak się okazało, w dłoniach trzymała kilka kawałków papieru z wydrukowanymi cyframi.
- To pieniądze – szepnęła, jakby odkryła coś wyjątkowo ważnego, rzadkiego i niespotykanego. - Gdybyśmy żyli przed wojna... Moglibyśmy kupić za nie dużo. Może samochód, może nawet samolot. A na pewno dużo, dużo jedzenia.
- Ile ich jest? - spytał cichutko Nagato.
Nie pamiętał, ile przed wojną kosztowało jedzenie i nigdy nie znał ceny samolotu czy samochodu.
- Zaczekaj, policzę.
Zaczęła szeleścić papierkami, patrząc na wypisane na nich cyfry. Potrwało to dłuższą chwilę.
- To będzie... - zawahała się. - Cztery tysiące. Cztery i dwa zera to będzie... A nie, to będzie tylko czterysta. Za mało na samochód, bo rodzice kupili za dwa tysiące – posmutniała. - Na samolot pewnie też. Ale na jedzenie na pewno nie nie.
- Myślisz, że ktoś będzie chciał teraz wziąć pieniądze za jedzenie? - zapytał ją chłopiec.
W jego głosie nie było powątpiewania, tylko chęć chłonięcia wiedzy o świecie, w którym Konan odnajdywała się widocznie lepiej od niego.
- Na pewno gdzieś – odpowiedziała mu bez wahania. - Nie w tym mieście, ale gdzieś na pewno. Pewnie jest jakiś posterunek, jakaś baza, gdzie są bardzo ważni, silni i mądrzy ludzie. Może kiedyś ich znajdziemy... Znajdziesz. Albo znajdziecie.
Nagato chciał spytać, kogo ma na myśli mówiąc „znajdziecie”, ale zabolała go to, jak poprawiła się po słowie „znajdziemy”.
- A ty nie znajdziesz? - szepnął.
- Ja jestem chora – odpowiedziała z zaskakującą, nieadekwatną wręcz pewnością siebie. Trochę... jakby się tym szczyciła. - Jestem zarażona i pewnie niedługo umrę. Dlatego mam nadzieję, że spotkamy mojego kumpla, zanim to się stanie. Wypadałoby, żeby ktoś się tobą zajął, kiedy ja już kopnę w świetlika.
Nagato zamilkł, smutny i zmieszany. Wiedział, że będzie czuł się strasznie samotny, kiedy Konan kopnie w świetlika, ale z drugiej strony... Przecież wcale nie wyglądała na chorą. Jak na kogoś, kto tak rzadko jadł, najpewniej regularnie się podtruwał i żył w ciągłym zagrożeniu, wydawała się być wręcz okazem zdrowia.
Starannie złożyła banknoty i wsunęła je do kieszeni luźnych, za dużych dżinsów.
- Zanim kopnę w świetlika, dam ci pieniądze – obiecała.
Lekko klepnęła go w ramię, ale zaraz cofnęła rękę, jakby przypomniawszy sobie o swojej chorobie.
- No i wtedy wydasz je w tej bazie czy posterunku, na broń, jedzenie i...
Zamilkła. Po klatce schodowej ktoś łaził, i było zdecydowanie za późno, żeby przejść do przedpokoju i schować się w szafie. A już na pewno za późno, żeby zrobić to po cichu.
- Chodź! - warknęła.
Upadła na podłogę, ciągnąc chłopaka za sobą, i wczołgała się pod łóżko. Nagato wtulił się w nią mocno, zupełnie niezrażony wizją zarażenia się czymś paskudnym, a ona nie protestowała. Widocznie nie chciała hałasować, bo rozległ się dźwięk otwieranych drzwi i w przedpokoju rozległy się ciężkie kroki.
A potem ktoś wszedł do pokoju i oczom schowanych pod łóżkiem dzieci ukazała się para wielkich, czarnych butów.
Rozdział 3
Dla Żeber i Origami-chan. Nie wiem, czy to czytają, ale poczułam silną potrzebę zadedykowania im tego.
3.
3.
Trupy o poranku wyglądały wyjątkowo ohydnie.
Mimo to Konan nawet się nie skrzywiła, przeszukując ich kieszenie. Broń palną – o ile jakąś mieli - musiał zabrać tamten dziad, ale w sumie to nie miało znaczenia. Dziewczynka znalazła przy ciałach składany nóż, kawałek bandaża, wódkę i tylko trochę spleśniałe suchary. Miała wielką ochotę pochłonąć je wszystkie od razu, ale zadowoliła się jednym – jako nagrodę za znalezienie ich pozwoliła sobie zjeść ten najmniej zapleśniały. Chciała zapić go gorzałą, ale uznała, że zostawi ją na jakiś chłodniejszy dzień. Poza tym wolała mieć jasny umysł, bo musiała jeszcze sprawdzić klatkę schodową.
Weszła na podest przed wejściem do bloku, coraz bardziej podekscytowana. Na wszelki wypadek trzymała nóż w pogotowiu.
Uchyliła drzwi i zajrzała do środka. Nie widziała wiele... Chociaż w rogu, po prawej stronie, dostrzegła zarys jakiejś sterty szmat, która... Która chyba się poruszyła.
Mimo to Konan nawet się nie skrzywiła, przeszukując ich kieszenie. Broń palną – o ile jakąś mieli - musiał zabrać tamten dziad, ale w sumie to nie miało znaczenia. Dziewczynka znalazła przy ciałach składany nóż, kawałek bandaża, wódkę i tylko trochę spleśniałe suchary. Miała wielką ochotę pochłonąć je wszystkie od razu, ale zadowoliła się jednym – jako nagrodę za znalezienie ich pozwoliła sobie zjeść ten najmniej zapleśniały. Chciała zapić go gorzałą, ale uznała, że zostawi ją na jakiś chłodniejszy dzień. Poza tym wolała mieć jasny umysł, bo musiała jeszcze sprawdzić klatkę schodową.
Weszła na podest przed wejściem do bloku, coraz bardziej podekscytowana. Na wszelki wypadek trzymała nóż w pogotowiu.
Uchyliła drzwi i zajrzała do środka. Nie widziała wiele... Chociaż w rogu, po prawej stronie, dostrzegła zarys jakiejś sterty szmat, która... Która chyba się poruszyła.
Konan wystraszyła się, ale w żaden sposób tego nie okazała. Wyciągnęła z kieszeni małą, tandetną latarkę, po czym ją włączyła.
Bżdżące światełko padło na leżący w kącie kłąb ścier, który na pewno się ruszał. Może to był szczur, a może... A może coś innego.
Dziewczyna obeszła to coś, wchodząc głębiej na klatkę, by więcej światła słonecznego mogło wpaść do środka. Kiedy już to się stało, oczy Konan rozszerzyły się nieznacznie.
Dziewczyna obeszła to coś, wchodząc głębiej na klatkę, by więcej światła słonecznego mogło wpaść do środka. Kiedy już to się stało, oczy Konan rozszerzyły się nieznacznie.
To, co wzięła za jakieś szmaty, okazało się być skulonym, owiniętym w cienki koc chłopcem, spazmatycznie przytulającym się do kaloryfera.
Była przygotowana na wiele ewentualności, ale na pewno nie na to.
- Eee... Cześć, mały – wymamrotała.
Zatknęła nóż za pasek. Nagle zrobiło jej się bardzo, bardzo głupio.
Chłopiec mruknął coś cicho, mocniej przywierając do metalowych żeber.
- Nie bój się, mały – powiedziała niepewnie. - Nie zrobię ci krzywdy.
Podeszła bliżej, ukucnęła przy nim.
- Jak masz na imię?
Dzieciak mruknął coś niezrozumiałego.
- Jak?
- Nagato...
- A ja Konan – odparła. - Uh... Wszystko w porządku?
Widziała, że Nagato na pewno nie jest zdrowy, ale nie potrafiła stwierdzić, co konkretnie mu dolega. On pokręcił głową, odsunął się od niej, co ją zdenerwowało.
- No mów do mnie po ludzku! - warknęła. - I zostaw ten jebany grzejnik!
Złapała go za rękę i siłą oderwała jego chude paluszki od żeliwnej rurki. Kiedy tylko zdał sobie sprawę, że nie uda mu się obronić przed znacznie silniejszą od niego dziewczyną, puścił kaloryfer i wczepił się w jej ubranie, jakby koniecznie potrzebował jakiegoś oparcia. Ona jednak szarpnęła się i odsunęła od niego.
- Nie dotykaj mnie! - warknęła. - Mnie nie wolno przytulać, mogę być zarażona!
Nagato upadł twarzą na beton. Nie próbował wstać i prawie wcale się nie ruszał, tylko trząsł się okropnie, jakby ze strachu, że nie ma do czego się przykleić. Konan zrobiło się go żal, ale nie chciała go zarazić. Uklękła więc w pewnej odległości od niego i spytała łagodnie:
- Jesteś głodny?
Skinął głową.
- A ranny?
- Chy... Chyba tak... - wyjąkał słabo.
Wyciągnęła z kieszeni sucharek – jeden z bardziej zapleśniałych – i położyła obok niego. Chłopiec podniósł go słabym ruchem, odgryzł kawałek.
Konan usiadła przed nim po turecku. Uznała, że skoro znalazła Nagato na tej śmierdzącej trupem klatce schodowej, to teraz stanowi on jej własność. A co za tym idzie – powinna o niego dbać.
- Co cię boli, Nagato? - spytała troskliwie, wychylając się trochę do przodu.
Chłopiec wsparł się na rękach, a następnie uklęknął. Objął się chudymi ramionkami i zaczął kołysać w przód i w tył, ale nic nie mówił.
- Mam cię opatrzyć?
Pokręcił głową. Konan westchnęła ze zniecierpliwieniem.
- To sam się, kurwa, opatrz! - warknęła, wstając i rzucając w niego wyciągniętym z kieszeni bandażem z gazy.
- Dobrze – odpowiedział z ulgą, jakby od początku o to mu chodziło. - A wyjdziesz na moment?
***
Była przygotowana na wiele ewentualności, ale na pewno nie na to.
- Eee... Cześć, mały – wymamrotała.
Zatknęła nóż za pasek. Nagle zrobiło jej się bardzo, bardzo głupio.
Chłopiec mruknął coś cicho, mocniej przywierając do metalowych żeber.
- Nie bój się, mały – powiedziała niepewnie. - Nie zrobię ci krzywdy.
Podeszła bliżej, ukucnęła przy nim.
- Jak masz na imię?
Dzieciak mruknął coś niezrozumiałego.
- Jak?
- Nagato...
- A ja Konan – odparła. - Uh... Wszystko w porządku?
Widziała, że Nagato na pewno nie jest zdrowy, ale nie potrafiła stwierdzić, co konkretnie mu dolega. On pokręcił głową, odsunął się od niej, co ją zdenerwowało.
- No mów do mnie po ludzku! - warknęła. - I zostaw ten jebany grzejnik!
Złapała go za rękę i siłą oderwała jego chude paluszki od żeliwnej rurki. Kiedy tylko zdał sobie sprawę, że nie uda mu się obronić przed znacznie silniejszą od niego dziewczyną, puścił kaloryfer i wczepił się w jej ubranie, jakby koniecznie potrzebował jakiegoś oparcia. Ona jednak szarpnęła się i odsunęła od niego.
- Nie dotykaj mnie! - warknęła. - Mnie nie wolno przytulać, mogę być zarażona!
Nagato upadł twarzą na beton. Nie próbował wstać i prawie wcale się nie ruszał, tylko trząsł się okropnie, jakby ze strachu, że nie ma do czego się przykleić. Konan zrobiło się go żal, ale nie chciała go zarazić. Uklękła więc w pewnej odległości od niego i spytała łagodnie:
- Jesteś głodny?
Skinął głową.
- A ranny?
- Chy... Chyba tak... - wyjąkał słabo.
Wyciągnęła z kieszeni sucharek – jeden z bardziej zapleśniałych – i położyła obok niego. Chłopiec podniósł go słabym ruchem, odgryzł kawałek.
Konan usiadła przed nim po turecku. Uznała, że skoro znalazła Nagato na tej śmierdzącej trupem klatce schodowej, to teraz stanowi on jej własność. A co za tym idzie – powinna o niego dbać.
- Co cię boli, Nagato? - spytała troskliwie, wychylając się trochę do przodu.
Chłopiec wsparł się na rękach, a następnie uklęknął. Objął się chudymi ramionkami i zaczął kołysać w przód i w tył, ale nic nie mówił.
- Mam cię opatrzyć?
Pokręcił głową. Konan westchnęła ze zniecierpliwieniem.
- To sam się, kurwa, opatrz! - warknęła, wstając i rzucając w niego wyciągniętym z kieszeni bandażem z gazy.
- Dobrze – odpowiedział z ulgą, jakby od początku o to mu chodziło. - A wyjdziesz na moment?
***
Konan siedziała na schodkach, rzucając malutkimi kamyczkami w leżące przed nią zwłoki.
- Długo jeszcze, Nagato? - zawołała, odwracając się w stronę uchylonych drzwi.
Obiecała nie zaglądać do środka, ale mimo wszystko ciekawiło ją, dlaczego chłopiec nie pozwolił jej się opatrzyć. Może odniósł jakieś dziwne i egzotyczne, a przez to bardzo ciekawe rany?
- Już skończyłem – usłyszała jego cichutki szept.
Wyszedł ze środka, chwiejąc się i przytrzymując ściany, by nie upaść. Konan wstała, podeszła do niego. Z pewną konsternacją zauważyła, że jest znacznie starszy, niż na początku sądziła – prawie dorównywał jej wzrostem i wcale nie zdziwiłaby się, gdyby okazali się być w tym samym wieku.
- Dasz radę iść? - spytała.
Zmierzyła go taksującym spojrzeniem. Nie ma mowy, nie dałaby rady go nieść. Był bardzo chudy, ale za wysoki, zbyt nieporęczny. Na szczęście on odparł cicho:
- Tak, dam radę.
Zaczął powoli schodzić po schodach, cały czas wspierając się na poręczy. Dziewczynka wyprzedziła go, z wdziękiem przeskoczyła nad trupem, po czym zatrzymała się i obróciła, by sprawdzić, czy Nagato za nią idzie.
Zobaczyła go, ale nie zarejestrowała, czy chłopiec się chociażby poruszył, bo coś piekącego spadło jej na policzek.
Zaczynało padać, a od kiedy świat się skończył, deszcz znajdował się na liście najbardziej niebezpiecznych zjawisk, jakie istniały.
Dwoma skokami dopadła do schodów, złapała chwiejącego się Nagato za ubranie i wepchnęła go na klatkę. Zatrzasnęła drzwi i zapaliła latarkę, chcąc widzieć jego twarz.
- Co się stało? - spytał cichutko.
- Deszcz pada – odpowiedziała. - Musimy tu zostać.
W słabym światełku zauważyła, jak usta mu drżą. Wiedziała, że chłopiec nie chce tu zostać, wiedziała, że się boi i że spotkała go tu jakaś straszna krzywda, ale gdyby wyszli na deszcz, zostaliby potwornie poparzeni. Policzek, na który spadła jedna kropla, piekł ją niemiłosiernie.
Nagato chyba chciał znów się do niej przytulić, ale się powstrzymał. Konan w tym momencie bardzo pożałowała swojej domniemanej choroby – mniejsza z tym, że najpewniej umrze w przeciągu kilku dni, teraz miała wielką ochotę go objąć. W końcu go znalazła i był jej, więc powinna mieć prawo!
- Konan... – szepnął błagalnie chłopiec. - Ja nie chcę tu zostawać...
Dziewczyna wstała, złapała go za rękę i pociągnęła do góry.
- I nie zostaniesz – stwierdziła. - Czas wpuścić trochę światła.
Podeszła do drzwi od mieszkania i zaczęła majstrować przy zamku.
- Długo jeszcze, Nagato? - zawołała, odwracając się w stronę uchylonych drzwi.
Obiecała nie zaglądać do środka, ale mimo wszystko ciekawiło ją, dlaczego chłopiec nie pozwolił jej się opatrzyć. Może odniósł jakieś dziwne i egzotyczne, a przez to bardzo ciekawe rany?
- Już skończyłem – usłyszała jego cichutki szept.
Wyszedł ze środka, chwiejąc się i przytrzymując ściany, by nie upaść. Konan wstała, podeszła do niego. Z pewną konsternacją zauważyła, że jest znacznie starszy, niż na początku sądziła – prawie dorównywał jej wzrostem i wcale nie zdziwiłaby się, gdyby okazali się być w tym samym wieku.
- Dasz radę iść? - spytała.
Zmierzyła go taksującym spojrzeniem. Nie ma mowy, nie dałaby rady go nieść. Był bardzo chudy, ale za wysoki, zbyt nieporęczny. Na szczęście on odparł cicho:
- Tak, dam radę.
Zaczął powoli schodzić po schodach, cały czas wspierając się na poręczy. Dziewczynka wyprzedziła go, z wdziękiem przeskoczyła nad trupem, po czym zatrzymała się i obróciła, by sprawdzić, czy Nagato za nią idzie.
Zobaczyła go, ale nie zarejestrowała, czy chłopiec się chociażby poruszył, bo coś piekącego spadło jej na policzek.
Zaczynało padać, a od kiedy świat się skończył, deszcz znajdował się na liście najbardziej niebezpiecznych zjawisk, jakie istniały.
Dwoma skokami dopadła do schodów, złapała chwiejącego się Nagato za ubranie i wepchnęła go na klatkę. Zatrzasnęła drzwi i zapaliła latarkę, chcąc widzieć jego twarz.
- Co się stało? - spytał cichutko.
- Deszcz pada – odpowiedziała. - Musimy tu zostać.
W słabym światełku zauważyła, jak usta mu drżą. Wiedziała, że chłopiec nie chce tu zostać, wiedziała, że się boi i że spotkała go tu jakaś straszna krzywda, ale gdyby wyszli na deszcz, zostaliby potwornie poparzeni. Policzek, na który spadła jedna kropla, piekł ją niemiłosiernie.
Nagato chyba chciał znów się do niej przytulić, ale się powstrzymał. Konan w tym momencie bardzo pożałowała swojej domniemanej choroby – mniejsza z tym, że najpewniej umrze w przeciągu kilku dni, teraz miała wielką ochotę go objąć. W końcu go znalazła i był jej, więc powinna mieć prawo!
- Konan... – szepnął błagalnie chłopiec. - Ja nie chcę tu zostawać...
Dziewczyna wstała, złapała go za rękę i pociągnęła do góry.
- I nie zostaniesz – stwierdziła. - Czas wpuścić trochę światła.
Podeszła do drzwi od mieszkania i zaczęła majstrować przy zamku.
Rozdział 2
Dla Szatana i Ciasteczkowegopotwora.
2.
2.
Chłopiec wtulił policzek między żebra kaloryfera, trzęsąc się ze strachu. Dolną wargę zagryzł do krwi, próbując skupić się na myśli, jak stąd zwiać.
Gdyby wyszedł na podwórko, ci którzy na nim byli niewątpliwie by go zastrzelili. Albo podpalili... Na samą myśl o tym jęknął cicho, piskliwie. Jedynym wyjściem było włamanie się do mieszkania i wyjście oknem, ale gdyby wstał, na pewno by go usłyszeli.
Poza tym za nic na świecie by tam nie wszedł! Za bardzo się bał.
Kiedy na zewnątrz znów rozległy się głosy, Nagato oburącz zakrył usta, bojąc się chociażby odetchnąć.
- Tam nikogo nie ma – usłyszał, jak ktoś mówi spokojnie, bez prawie żadnych emocji.
- Nie szkodzi – lekko podenerwowany głos odpowiedział temu pierwszemu. - W tych ruinach gnieździ się tylko element. Poza tym nie możemy ryzykować...
- Tam nikogo nie ma!
- Ale...
Padł strzał. Odgłos drugiego nałożył się na odgłos upadającego ciała, na który z kolei nałożył się kolejny trup zwalający się na ziemię.
Poza tym za nic na świecie by tam nie wszedł! Za bardzo się bał.
Kiedy na zewnątrz znów rozległy się głosy, Nagato oburącz zakrył usta, bojąc się chociażby odetchnąć.
- Tam nikogo nie ma – usłyszał, jak ktoś mówi spokojnie, bez prawie żadnych emocji.
- Nie szkodzi – lekko podenerwowany głos odpowiedział temu pierwszemu. - W tych ruinach gnieździ się tylko element. Poza tym nie możemy ryzykować...
- Tam nikogo nie ma!
- Ale...
Padł strzał. Odgłos drugiego nałożył się na odgłos upadającego ciała, na który z kolei nałożył się kolejny trup zwalający się na ziemię.
Nagato miał nadzieję, że to zagłuszyło krótki krzyk, jaki wydobył mu się z gardła. Po policzkach płynęły mu łzy, a palce mocno wbijał sobie we wnętrze szczęki.
Drzwi od bloku otworzyły się na oścież, stanął w nich wysoki, szczupły mężczyzna. Wschodzące słońce świeciło mu w plecy, więc chłopiec widział tylko zarys jego sylwetki – długi płaszcz i długie włosy, zmierzwione i nierówno obcięte.
Nie miał pojęcia, kim jest ten człowiek, ale się go bał, chociaż naprawdę chciał móc mu zaufać – w końcu ten facet go uratował.
- Kim pan jest? - spytał cichutko, starając się powstrzymać drżenie.
Mężczyzna zamknął drzwi i na klatce schodowej znów zrobiło się ciemno, że chłopak nie widział tego, co miał przed nosem.
Drzwi od bloku otworzyły się na oścież, stanął w nich wysoki, szczupły mężczyzna. Wschodzące słońce świeciło mu w plecy, więc chłopiec widział tylko zarys jego sylwetki – długi płaszcz i długie włosy, zmierzwione i nierówno obcięte.
Nie miał pojęcia, kim jest ten człowiek, ale się go bał, chociaż naprawdę chciał móc mu zaufać – w końcu ten facet go uratował.
- Kim pan jest? - spytał cichutko, starając się powstrzymać drżenie.
Mężczyzna zamknął drzwi i na klatce schodowej znów zrobiło się ciemno, że chłopak nie widział tego, co miał przed nosem.
Nagato nie pamiętał dokładnie, co człowiek w płaszczu mu zrobił. Zapamiętał tylko ból, wstyd i jeszcze więcej bólu, i jeszcze więcej wstydu.
I nonszalancki, szybki ruch zapinania rozporka wykonany przez mężczyznę, kiedy stał w uchylonych drzwiach.
I nonszalancki, szybki ruch zapinania rozporka wykonany przez mężczyznę, kiedy stał w uchylonych drzwiach.
**
Kiedy poprawiał długi płaszcz, zdał sobie sprawę, że ktoś go za niego ciągnie. Spojrzał w dół i zobaczył niziutką, ale zwartą i żylastą dziewczynkę, trzymającej w dłoni jego portfel.
Minę miała zaciętą, a w drugiej rączce trzymała rzeźnicki nóż.
- Jestem głodna! - warknęła na niego. - Jestem głodna i mam nóż. Więc lepiej stąd spieprzaj, zanim cię zarżnę jak świniaka, którym jesteś!
Roześmiał się. Nie wiedział, skąd to dziecko znało takie określenia, ale bardzo wątpił, żeby wiedziało, czym są świniaki.
- Ja też jestem głodny – odparł beztrosko. - Jestem głodny i mam rewolwer.
Wyciągnął zza pasa zgrabną, małą trzydziestkę ósemkę, wycelował w dziewczynkę. Ona cofnęła się, skonsternowana, ale nie przerażona. Ze wściekłością rzuciła portfelem o pofalowany asfalt. Mężczyzna ukucnął i podniósł swoją własność, wciąż celując w dziecko. Wyprostował się, podszedł bliżej.
- Myślisz, że w opuszczonym mieście uda ci się cokolwiek kupić? - spytał.
Smarkula skrzywiła się paskudnie.
- Jestem głodna! - warknęła na niego. - Jestem głodna i mam nóż. Więc lepiej stąd spieprzaj, zanim cię zarżnę jak świniaka, którym jesteś!
Roześmiał się. Nie wiedział, skąd to dziecko znało takie określenia, ale bardzo wątpił, żeby wiedziało, czym są świniaki.
- Ja też jestem głodny – odparł beztrosko. - Jestem głodny i mam rewolwer.
Wyciągnął zza pasa zgrabną, małą trzydziestkę ósemkę, wycelował w dziewczynkę. Ona cofnęła się, skonsternowana, ale nie przerażona. Ze wściekłością rzuciła portfelem o pofalowany asfalt. Mężczyzna ukucnął i podniósł swoją własność, wciąż celując w dziecko. Wyprostował się, podszedł bliżej.
- Myślisz, że w opuszczonym mieście uda ci się cokolwiek kupić? - spytał.
Smarkula skrzywiła się paskudnie.
- Jebany pedofilc! - wycedziła. - Twoi kumple z cweli zrobią ci z dupy jesień średniowiecza, zobaczysz!
Zaśmiał się głośno. O ile wcześniej wątpił, czy ta siksa ma jakiekolwiek pojęcie o tym, co oznaczają wygłaszane przez nią frazy, o tyle teraz był święcie przekonany, że nie ma nawet najmniejszego. Poza tym rozbawiło go, że mimo to trafiła w sedno.
- Wiesz, co to znaczy pedofil? - spytał. - Nie? Ja wolałbym ci nie pokazywać, chociaż jeśli dalej będziesz wymachiwała tym majchrem, to może nie będę miał wyjścia.
Przypiął rewolwer z powrotem do pasa. Nie chciał, żeby mała się go bała – chociaż nie zamierzał jej wykorzystywać. Była dziewczynką.
- Nie dostaniesz ode mnie pieniędzy – powiedział spokojnie. - I tak ci się nie przydadzą, a jedzenia dla ciebie nie mam. Jak dam ci radę, to mnie posłuchasz?
Smarkula zacisnęła mocno wargi, ale pokiwała głową. Faktycznie musiała być głodna, głodna i zdesperowana, ale mimo to wydawała się być odpowiednia do jego celu.
- Widzisz tamto blokowisko? - spytał, a kiedy znów skinęła główką, kontynuował: - Pójdziesz na podwórko i przeszukasz trupy. Mogą mieć jedzenie – uśmiechnął się kpiąco widząc, jak oczy jej zabłysły na dźwięk tego magicznego słowa. - A potem wejdziesz do bloku, przed którym leżą, i weźmiesz sobie to, co znajdziesz na klatce schodowej.
Zaśmiał się głośno. O ile wcześniej wątpił, czy ta siksa ma jakiekolwiek pojęcie o tym, co oznaczają wygłaszane przez nią frazy, o tyle teraz był święcie przekonany, że nie ma nawet najmniejszego. Poza tym rozbawiło go, że mimo to trafiła w sedno.
- Wiesz, co to znaczy pedofil? - spytał. - Nie? Ja wolałbym ci nie pokazywać, chociaż jeśli dalej będziesz wymachiwała tym majchrem, to może nie będę miał wyjścia.
Przypiął rewolwer z powrotem do pasa. Nie chciał, żeby mała się go bała – chociaż nie zamierzał jej wykorzystywać. Była dziewczynką.
- Nie dostaniesz ode mnie pieniędzy – powiedział spokojnie. - I tak ci się nie przydadzą, a jedzenia dla ciebie nie mam. Jak dam ci radę, to mnie posłuchasz?
Smarkula zacisnęła mocno wargi, ale pokiwała głową. Faktycznie musiała być głodna, głodna i zdesperowana, ale mimo to wydawała się być odpowiednia do jego celu.
- Widzisz tamto blokowisko? - spytał, a kiedy znów skinęła główką, kontynuował: - Pójdziesz na podwórko i przeszukasz trupy. Mogą mieć jedzenie – uśmiechnął się kpiąco widząc, jak oczy jej zabłysły na dźwięk tego magicznego słowa. - A potem wejdziesz do bloku, przed którym leżą, i weźmiesz sobie to, co znajdziesz na klatce schodowej.
Rozdział 1
Dla Hannami za wsparcie techniczne i dla Alice za wsparcie moralne.
1.
1.
Kiedy Nagato szedł z miasta na wieś, droga wydawała mu się przynajmniej trzy razy krótsza, niż kiedy szedł ze wsi do miasta.
Ale działo się tak najpewniej dlatego, że wtedy mógł iść ubitą drogą, a nie podmokłym polem, jego rodzice żyli, a oddział pięciu uzbrojonych mężczyzn miał lepsze rzeczy do roboty, niż szukanie go.
Starał się biec, ale nogi co chwila zapadały mu się w błoto i zaplątywały w korzenie martwej kukurydzy. Było mu niedobrze ze strachu, a kiedy słyszał ohydne cmokanie butów wyciąganych z rozmokniętej ziemi wydawało mu się, że nie wytrzyma i zwymiotuje.
Usłyszał strzały, daleko za sobą. Krzyknął krótko, ale zaraz zatkał usta dłonią – nie chciał marnować oddechu na krzyk.
Jego wnętrze wypełniła ciepła, słodka ulga – prześladowcy natknęli się na innego uciekiniera, który nie miał tyle szczęścia, co on, więc jego tak szybko nie dogonią. A widoczna w oddali wieża kościelna wydawała się być coraz większa i większa...
Usłyszał strzały, daleko za sobą. Krzyknął krótko, ale zaraz zatkał usta dłonią – nie chciał marnować oddechu na krzyk.
Jego wnętrze wypełniła ciepła, słodka ulga – prześladowcy natknęli się na innego uciekiniera, który nie miał tyle szczęścia, co on, więc jego tak szybko nie dogonią. A widoczna w oddali wieża kościelna wydawała się być coraz większa i większa...
***
Wyszedł z błotnistego pola na drogę, schylił się, z trudem łapiąc oddech. Wiedział, że nie powinien się tu zatrzymywać, bo kiedy stoi na szosie, snajperzy mogą zastrzelić go jak kaczkę, ale był potwornie, potwornie wykończony. A stojąc na pofalowanym i pełnym dziur, ale twardym i stabilnym asfalcie, czuł się jakby po bardzo, bardzo długim czasie chwiania się zdołał złapać równowagę.
Spojrzał na oświetlane promieniami zachodzącego słońca bloki i powoli zaczął iść w ich stronę. Wydawały się być... Martwe. Ściany były obłupane, głównie z farby, ale w niektórych miejscach warstwa betonu odpadła aż do ocieplenia, strasząc przywodzącym na myśl obdarte ze skóry, żywe ciało styropianem. Ale najgorsze były okna – okna bez szyb, czy nawet desek.
Nagato przygryzł wargi. Myśl, że będzie musiał schować się w którymś z tych budynków, wydawała mu się jeszcze bardziej przerażająca od zastrzelenia. Gdyby złapali go mordercy jego rodziców, przynajmniej od razu by go zabili... Nie wiedział, co może go spotkać w mieście, w którym dopiero co otwarto bunkier.
Wziął głęboki oddech i ruszył przez nieduże, porośnięte martwą trawą podwórko, w stronę wejścia do jednego z bloków. Wydawało mu się, że z każdym krokiem pokonuje mniejszą odległość, niż powinien, albo ze czas zaczął płynąć bardzo powoli.
Chciał pobiec, ale się bał.
Wszedł po schodkach na betonowe podwyższenie, wyciągnął rękę i niepewnie dotknął klamki. Była lepka, a ustąpiła gdy tylko na nią nacisnął.
Przekroczył próg i znalazł się w zapylonym, ciemnym wnętrzu. Skrzywił się z obrzydzeniem. Śmierdziało, ale nie potrafił stwierdzić, czym. Stęchlizną chyba, albo... Zgnilizną.
Zamknął za sobą drzwi i zrobiło się tak ciemno, że nie widział nawet swojej dłoni. Na klatce schodowej nie było okien.
Wymacał ścianę, potem kaloryfer. Przycupnął pod nim, spazmatycznie złapał jedno z lepkich, metalowych żeber. Zacisnął powieki, jakby bał się, że zobaczy coś nieludzkiego wyłaniającego się z mroku.
Drzwi wolał zostawić zamknięte, bojąc się, że ktoś go znajdzie. Wiedział, że gdyby otworzył mieszkanie, wpuściłby trochę światła, ale bał się również tego, co może w nim być. Mniejsza z dzikimi lokatorami – gdyby zobaczył siedzące w fotelu albo leżące na łóżku zgniłe czy wyschnięte zwłoki, uciekłby z wrzaskiem, stając się łatwym celem dla swoich prześladowców.
Oczami wyobraźni widział szare, matowe zęby wystające spomiędzy rozkładających się warg, ale zanim zdążył się ich naprawdę przestraszyć, usłyszał niski, ochrypły i nieprzyzwoicie znajomy głos, dochodzący zza drzwi:
- Któryś z nich mógł tu przyjść. Lepiej spalmy te rudery, zanim zaraza się rozprzestrzeni.
Spojrzał na oświetlane promieniami zachodzącego słońca bloki i powoli zaczął iść w ich stronę. Wydawały się być... Martwe. Ściany były obłupane, głównie z farby, ale w niektórych miejscach warstwa betonu odpadła aż do ocieplenia, strasząc przywodzącym na myśl obdarte ze skóry, żywe ciało styropianem. Ale najgorsze były okna – okna bez szyb, czy nawet desek.
Nagato przygryzł wargi. Myśl, że będzie musiał schować się w którymś z tych budynków, wydawała mu się jeszcze bardziej przerażająca od zastrzelenia. Gdyby złapali go mordercy jego rodziców, przynajmniej od razu by go zabili... Nie wiedział, co może go spotkać w mieście, w którym dopiero co otwarto bunkier.
Wziął głęboki oddech i ruszył przez nieduże, porośnięte martwą trawą podwórko, w stronę wejścia do jednego z bloków. Wydawało mu się, że z każdym krokiem pokonuje mniejszą odległość, niż powinien, albo ze czas zaczął płynąć bardzo powoli.
Chciał pobiec, ale się bał.
Wszedł po schodkach na betonowe podwyższenie, wyciągnął rękę i niepewnie dotknął klamki. Była lepka, a ustąpiła gdy tylko na nią nacisnął.
Przekroczył próg i znalazł się w zapylonym, ciemnym wnętrzu. Skrzywił się z obrzydzeniem. Śmierdziało, ale nie potrafił stwierdzić, czym. Stęchlizną chyba, albo... Zgnilizną.
Zamknął za sobą drzwi i zrobiło się tak ciemno, że nie widział nawet swojej dłoni. Na klatce schodowej nie było okien.
Wymacał ścianę, potem kaloryfer. Przycupnął pod nim, spazmatycznie złapał jedno z lepkich, metalowych żeber. Zacisnął powieki, jakby bał się, że zobaczy coś nieludzkiego wyłaniającego się z mroku.
Drzwi wolał zostawić zamknięte, bojąc się, że ktoś go znajdzie. Wiedział, że gdyby otworzył mieszkanie, wpuściłby trochę światła, ale bał się również tego, co może w nim być. Mniejsza z dzikimi lokatorami – gdyby zobaczył siedzące w fotelu albo leżące na łóżku zgniłe czy wyschnięte zwłoki, uciekłby z wrzaskiem, stając się łatwym celem dla swoich prześladowców.
Oczami wyobraźni widział szare, matowe zęby wystające spomiędzy rozkładających się warg, ale zanim zdążył się ich naprawdę przestraszyć, usłyszał niski, ochrypły i nieprzyzwoicie znajomy głos, dochodzący zza drzwi:
- Któryś z nich mógł tu przyjść. Lepiej spalmy te rudery, zanim zaraza się rozprzestrzeni.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)