Konan wyjęła wsuwkę z włosów i zaczęła grzebać nią w zamku. Nagato bardzo chciał poprosić ją, żeby tego nie robiła – nadal przerażało go to, co mogło być w środku – ale nie chciał, żeby na niego nakrzyczała. Wiedział, że skoro już go znalazła, teraz bez niej będzie bał się tysiąc razy bardziej, niż przedtem.
Coś zachrzęściło obiecująco. Dziewczyna wyjęła spinkę z dziurki od klucza i nacisnęła na klamkę. Na ciemną klatkę schodową przedostał się wąski promyk światła.
- No już! - ucieszyła się Konan.
Otworzyła drzwi na oścież i weszła do środka.
- Zaczekaj! - jęknął żałośnie Nagato.
- No już! - ucieszyła się Konan.
Otworzyła drzwi na oścież i weszła do środka.
- Zaczekaj! - jęknął żałośnie Nagato.
Zasłonił oczy przed rażącym go światłem.
- Nie bój się, mały – powiedziała dziewczynka tonem osoby chcącej sprawiać wrażenie dorosłej i odpowiedzialnej. - Tu nic nie ma. A nawet jeśli jest, to ja cię obronię!
Wychyliła się za futrynę, mocno złapała go za rękę i wciągnęła do mieszkania.
- Nie bój się, mały – powiedziała dziewczynka tonem osoby chcącej sprawiać wrażenie dorosłej i odpowiedzialnej. - Tu nic nie ma. A nawet jeśli jest, to ja cię obronię!
Wychyliła się za futrynę, mocno złapała go za rękę i wciągnęła do mieszkania.
Nagato wstrzymał oddech, otworzył oczy i...
I nic się nie stało.
Mieszkanie wyglądało normalnie. Było podobne do tego, w którym Nagato mieszkał przed wojną, a które pamiętał jak przez mgłę. W środku nie śmierdziało tak bardzo, jak na klatce schodowej.
- Nie bój się – powtórzyła Konan, rozglądając się po stęchłym przedpokoju.
Naprzeciwko drzwi stała wpasowana we wnękę szafa, otwarta i pusta. Dziewczyna weszła do niej, kopnęła w tylne drzwi, po czym odskoczyła w tył, by zacząć męczyć jej drzwi.
- Gdyby ktoś zaczął się pałętać na podwórku, to wskakujemy do środka, zamykamy się tam i udajemy, że nas nie ma – stwierdziła wesoło, po czym dała spokój drzwiom i ruszyła w stronę jednego z pokojów.
Zatrzymała się na progu, zorientowawszy się, że Nagato za nią nie idzie.
- No kurka, znowu się boisz? - westchnęła.
Złapała go za ubranie i pociągnęła mocno, niedelikatnie.
Wnętrze pokoju wyglądało zupełnie normalnie, jeśli nie liczyć rozrzuconych na parapecie i podłodze odłamków potłuczonej szyby oraz grubej warstwy kurzu, pokrywającej półki do tego stopnia, że nie dawało się zidentyfikować ich zawartości.
Na fotelu nie siedział zmumifikowany trup, na łóżku nie rozkładały się żadne zwłoki. Nagato nie zauważył nawet najmniejszej, martwej myszki na dywanie.
Konan pewnie weszła do środka, stanęła na środku pokoju i zaczęła się rozglądać. Oczywiście, trzymała się w bezpiecznej odległości od okna, przez które wpadał coraz mniej ulewny deszcz.
Kiedy coś przyciągnęło jej uwagę, uśmiechnęła się szeroko. Ruszyła w stronę niedużego biureczka i otworzyła szufladę. Grzebała w niej przez moment, przekładając jakieś koperty, aż w końcu zagwizdała cicho i wyjęła coś z jej wnętrza.
Nagato stał przez moment, tocząc wewnętrzną walkę, ale ciekawość szybko zwyciężyła strach – chłopiec podszedł do Konan, ciekaw, co znalazła.
Jak się okazało, w dłoniach trzymała kilka kawałków papieru z wydrukowanymi cyframi.
- To pieniądze – szepnęła, jakby odkryła coś wyjątkowo ważnego, rzadkiego i niespotykanego. - Gdybyśmy żyli przed wojna... Moglibyśmy kupić za nie dużo. Może samochód, może nawet samolot. A na pewno dużo, dużo jedzenia.
- Ile ich jest? - spytał cichutko Nagato.
Nie pamiętał, ile przed wojną kosztowało jedzenie i nigdy nie znał ceny samolotu czy samochodu.
- Zaczekaj, policzę.
Zaczęła szeleścić papierkami, patrząc na wypisane na nich cyfry. Potrwało to dłuższą chwilę.
- To będzie... - zawahała się. - Cztery tysiące. Cztery i dwa zera to będzie... A nie, to będzie tylko czterysta. Za mało na samochód, bo rodzice kupili za dwa tysiące – posmutniała. - Na samolot pewnie też. Ale na jedzenie na pewno nie nie.
- Myślisz, że ktoś będzie chciał teraz wziąć pieniądze za jedzenie? - zapytał ją chłopiec.
W jego głosie nie było powątpiewania, tylko chęć chłonięcia wiedzy o świecie, w którym Konan odnajdywała się widocznie lepiej od niego.
- Na pewno gdzieś – odpowiedziała mu bez wahania. - Nie w tym mieście, ale gdzieś na pewno. Pewnie jest jakiś posterunek, jakaś baza, gdzie są bardzo ważni, silni i mądrzy ludzie. Może kiedyś ich znajdziemy... Znajdziesz. Albo znajdziecie.
Nagato chciał spytać, kogo ma na myśli mówiąc „znajdziecie”, ale zabolała go to, jak poprawiła się po słowie „znajdziemy”.
- A ty nie znajdziesz? - szepnął.
- Ja jestem chora – odpowiedziała z zaskakującą, nieadekwatną wręcz pewnością siebie. Trochę... jakby się tym szczyciła. - Jestem zarażona i pewnie niedługo umrę. Dlatego mam nadzieję, że spotkamy mojego kumpla, zanim to się stanie. Wypadałoby, żeby ktoś się tobą zajął, kiedy ja już kopnę w świetlika.
Nagato zamilkł, smutny i zmieszany. Wiedział, że będzie czuł się strasznie samotny, kiedy Konan kopnie w świetlika, ale z drugiej strony... Przecież wcale nie wyglądała na chorą. Jak na kogoś, kto tak rzadko jadł, najpewniej regularnie się podtruwał i żył w ciągłym zagrożeniu, wydawała się być wręcz okazem zdrowia.
Starannie złożyła banknoty i wsunęła je do kieszeni luźnych, za dużych dżinsów.
- Zanim kopnę w świetlika, dam ci pieniądze – obiecała.
Lekko klepnęła go w ramię, ale zaraz cofnęła rękę, jakby przypomniawszy sobie o swojej chorobie.
- No i wtedy wydasz je w tej bazie czy posterunku, na broń, jedzenie i...
Zamilkła. Po klatce schodowej ktoś łaził, i było zdecydowanie za późno, żeby przejść do przedpokoju i schować się w szafie. A już na pewno za późno, żeby zrobić to po cichu.
- Chodź! - warknęła.
Upadła na podłogę, ciągnąc chłopaka za sobą, i wczołgała się pod łóżko. Nagato wtulił się w nią mocno, zupełnie niezrażony wizją zarażenia się czymś paskudnym, a ona nie protestowała. Widocznie nie chciała hałasować, bo rozległ się dźwięk otwieranych drzwi i w przedpokoju rozległy się ciężkie kroki.
A potem ktoś wszedł do pokoju i oczom schowanych pod łóżkiem dzieci ukazała się para wielkich, czarnych butów.
- Nie bój się – powtórzyła Konan, rozglądając się po stęchłym przedpokoju.
Naprzeciwko drzwi stała wpasowana we wnękę szafa, otwarta i pusta. Dziewczyna weszła do niej, kopnęła w tylne drzwi, po czym odskoczyła w tył, by zacząć męczyć jej drzwi.
- Gdyby ktoś zaczął się pałętać na podwórku, to wskakujemy do środka, zamykamy się tam i udajemy, że nas nie ma – stwierdziła wesoło, po czym dała spokój drzwiom i ruszyła w stronę jednego z pokojów.
Zatrzymała się na progu, zorientowawszy się, że Nagato za nią nie idzie.
- No kurka, znowu się boisz? - westchnęła.
Złapała go za ubranie i pociągnęła mocno, niedelikatnie.
Wnętrze pokoju wyglądało zupełnie normalnie, jeśli nie liczyć rozrzuconych na parapecie i podłodze odłamków potłuczonej szyby oraz grubej warstwy kurzu, pokrywającej półki do tego stopnia, że nie dawało się zidentyfikować ich zawartości.
Na fotelu nie siedział zmumifikowany trup, na łóżku nie rozkładały się żadne zwłoki. Nagato nie zauważył nawet najmniejszej, martwej myszki na dywanie.
Konan pewnie weszła do środka, stanęła na środku pokoju i zaczęła się rozglądać. Oczywiście, trzymała się w bezpiecznej odległości od okna, przez które wpadał coraz mniej ulewny deszcz.
Kiedy coś przyciągnęło jej uwagę, uśmiechnęła się szeroko. Ruszyła w stronę niedużego biureczka i otworzyła szufladę. Grzebała w niej przez moment, przekładając jakieś koperty, aż w końcu zagwizdała cicho i wyjęła coś z jej wnętrza.
Nagato stał przez moment, tocząc wewnętrzną walkę, ale ciekawość szybko zwyciężyła strach – chłopiec podszedł do Konan, ciekaw, co znalazła.
Jak się okazało, w dłoniach trzymała kilka kawałków papieru z wydrukowanymi cyframi.
- To pieniądze – szepnęła, jakby odkryła coś wyjątkowo ważnego, rzadkiego i niespotykanego. - Gdybyśmy żyli przed wojna... Moglibyśmy kupić za nie dużo. Może samochód, może nawet samolot. A na pewno dużo, dużo jedzenia.
- Ile ich jest? - spytał cichutko Nagato.
Nie pamiętał, ile przed wojną kosztowało jedzenie i nigdy nie znał ceny samolotu czy samochodu.
- Zaczekaj, policzę.
Zaczęła szeleścić papierkami, patrząc na wypisane na nich cyfry. Potrwało to dłuższą chwilę.
- To będzie... - zawahała się. - Cztery tysiące. Cztery i dwa zera to będzie... A nie, to będzie tylko czterysta. Za mało na samochód, bo rodzice kupili za dwa tysiące – posmutniała. - Na samolot pewnie też. Ale na jedzenie na pewno nie nie.
- Myślisz, że ktoś będzie chciał teraz wziąć pieniądze za jedzenie? - zapytał ją chłopiec.
W jego głosie nie było powątpiewania, tylko chęć chłonięcia wiedzy o świecie, w którym Konan odnajdywała się widocznie lepiej od niego.
- Na pewno gdzieś – odpowiedziała mu bez wahania. - Nie w tym mieście, ale gdzieś na pewno. Pewnie jest jakiś posterunek, jakaś baza, gdzie są bardzo ważni, silni i mądrzy ludzie. Może kiedyś ich znajdziemy... Znajdziesz. Albo znajdziecie.
Nagato chciał spytać, kogo ma na myśli mówiąc „znajdziecie”, ale zabolała go to, jak poprawiła się po słowie „znajdziemy”.
- A ty nie znajdziesz? - szepnął.
- Ja jestem chora – odpowiedziała z zaskakującą, nieadekwatną wręcz pewnością siebie. Trochę... jakby się tym szczyciła. - Jestem zarażona i pewnie niedługo umrę. Dlatego mam nadzieję, że spotkamy mojego kumpla, zanim to się stanie. Wypadałoby, żeby ktoś się tobą zajął, kiedy ja już kopnę w świetlika.
Nagato zamilkł, smutny i zmieszany. Wiedział, że będzie czuł się strasznie samotny, kiedy Konan kopnie w świetlika, ale z drugiej strony... Przecież wcale nie wyglądała na chorą. Jak na kogoś, kto tak rzadko jadł, najpewniej regularnie się podtruwał i żył w ciągłym zagrożeniu, wydawała się być wręcz okazem zdrowia.
Starannie złożyła banknoty i wsunęła je do kieszeni luźnych, za dużych dżinsów.
- Zanim kopnę w świetlika, dam ci pieniądze – obiecała.
Lekko klepnęła go w ramię, ale zaraz cofnęła rękę, jakby przypomniawszy sobie o swojej chorobie.
- No i wtedy wydasz je w tej bazie czy posterunku, na broń, jedzenie i...
Zamilkła. Po klatce schodowej ktoś łaził, i było zdecydowanie za późno, żeby przejść do przedpokoju i schować się w szafie. A już na pewno za późno, żeby zrobić to po cichu.
- Chodź! - warknęła.
Upadła na podłogę, ciągnąc chłopaka za sobą, i wczołgała się pod łóżko. Nagato wtulił się w nią mocno, zupełnie niezrażony wizją zarażenia się czymś paskudnym, a ona nie protestowała. Widocznie nie chciała hałasować, bo rozległ się dźwięk otwieranych drzwi i w przedpokoju rozległy się ciężkie kroki.
A potem ktoś wszedł do pokoju i oczom schowanych pod łóżkiem dzieci ukazała się para wielkich, czarnych butów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz