poniedziałek, 19 grudnia 2011

Rozdział 3

Dla Żeber i Origami-chan. Nie wiem, czy to czytają, ale poczułam silną potrzebę zadedykowania im tego.

3.

Trupy o poranku wyglądały wyjątkowo ohydnie.
Mimo to Konan nawet się nie skrzywiła, przeszukując ich kieszenie. Broń palną – o ile jakąś mieli - musiał zabrać tamten dziad, ale w sumie to nie miało znaczenia. Dziewczynka znalazła przy ciałach składany nóż, kawałek bandaża, wódkę i tylko trochę spleśniałe suchary. Miała wielką ochotę pochłonąć je wszystkie od razu, ale zadowoliła się jednym – jako nagrodę za znalezienie ich pozwoliła sobie zjeść ten najmniej zapleśniały. Chciała zapić go gorzałą, ale uznała, że zostawi ją na jakiś chłodniejszy dzień. Poza tym wolała mieć jasny umysł, bo musiała jeszcze sprawdzić klatkę schodową.
Weszła na podest przed wejściem do bloku, coraz bardziej podekscytowana. Na wszelki wypadek trzymała nóż w pogotowiu.
Uchyliła drzwi i zajrzała do środka. Nie widziała wiele... Chociaż w rogu, po prawej stronie, dostrzegła zarys jakiejś sterty szmat, która... Która chyba się poruszyła.
Konan wystraszyła się, ale w żaden sposób tego nie okazała. Wyciągnęła z kieszeni małą, tandetną latarkę, po czym ją włączyła.
Bżdżące światełko padło na leżący w kącie kłąb ścier, który na pewno się ruszał. Może to był szczur, a może... A może coś innego.
Dziewczyna obeszła to coś, wchodząc głębiej na klatkę, by więcej światła słonecznego mogło wpaść do środka. Kiedy już to się stało, oczy Konan rozszerzyły się nieznacznie.
To, co wzięła za jakieś szmaty, okazało się być skulonym, owiniętym w cienki koc chłopcem, spazmatycznie przytulającym się do kaloryfera.
Była przygotowana na wiele ewentualności, ale na pewno nie na to.
- Eee... Cześć, mały – wymamrotała.
Zatknęła nóż za pasek. Nagle zrobiło jej się bardzo, bardzo głupio.
Chłopiec mruknął coś cicho, mocniej przywierając do metalowych żeber.
- Nie bój się, mały – powiedziała niepewnie. - Nie zrobię ci krzywdy.
Podeszła bliżej, ukucnęła przy nim.
- Jak masz na imię?
Dzieciak mruknął coś niezrozumiałego.
- Jak?
- Nagato...
- A ja Konan – odparła. - Uh... Wszystko w porządku?
Widziała, że Nagato na pewno nie jest zdrowy, ale nie potrafiła stwierdzić, co konkretnie mu dolega. On pokręcił głową, odsunął się od niej, co ją zdenerwowało.
- No mów do mnie po ludzku! - warknęła. - I zostaw ten jebany grzejnik!
Złapała go za rękę i siłą oderwała jego chude paluszki od żeliwnej rurki. Kiedy tylko zdał sobie sprawę, że nie uda mu się obronić przed znacznie silniejszą od niego dziewczyną, puścił kaloryfer i wczepił się w jej ubranie, jakby koniecznie potrzebował jakiegoś oparcia. Ona jednak szarpnęła się i odsunęła od niego.
- Nie dotykaj mnie! - warknęła. - Mnie nie wolno przytulać, mogę być zarażona!
Nagato upadł twarzą na beton. Nie próbował wstać i prawie wcale się nie ruszał, tylko trząsł się okropnie, jakby ze strachu, że nie ma do czego się przykleić. Konan zrobiło się go żal, ale nie chciała go zarazić. Uklękła więc w pewnej odległości od niego i spytała łagodnie:
- Jesteś głodny?
Skinął głową.
- A ranny?
- Chy... Chyba tak... - wyjąkał słabo.
Wyciągnęła z kieszeni sucharek – jeden z bardziej zapleśniałych – i położyła obok niego. Chłopiec podniósł go słabym ruchem, odgryzł kawałek.
Konan usiadła przed nim po turecku. Uznała, że skoro znalazła Nagato na tej śmierdzącej trupem klatce schodowej, to teraz stanowi on jej własność. A co za tym idzie – powinna o niego dbać.
- Co cię boli, Nagato? - spytała troskliwie, wychylając się trochę do przodu.
Chłopiec wsparł się na rękach, a następnie uklęknął. Objął się chudymi ramionkami i zaczął kołysać w przód i w tył, ale nic nie mówił.
- Mam cię opatrzyć?
Pokręcił głową. Konan westchnęła ze zniecierpliwieniem.
- To sam się, kurwa, opatrz! - warknęła, wstając i rzucając w niego wyciągniętym z kieszeni bandażem z gazy.
- Dobrze – odpowiedział z ulgą, jakby od początku o to mu chodziło. - A wyjdziesz na moment?
***
Konan siedziała na schodkach, rzucając malutkimi kamyczkami w leżące przed nią zwłoki.
- Długo jeszcze, Nagato? - zawołała, odwracając się w stronę uchylonych drzwi.
Obiecała nie zaglądać do środka, ale mimo wszystko ciekawiło ją, dlaczego chłopiec nie pozwolił jej się opatrzyć. Może odniósł jakieś dziwne i egzotyczne, a przez to bardzo ciekawe rany?
- Już skończyłem – usłyszała jego cichutki szept.
Wyszedł ze środka, chwiejąc się i przytrzymując ściany, by nie upaść. Konan wstała, podeszła do niego. Z pewną konsternacją zauważyła, że jest znacznie starszy, niż na początku sądziła – prawie dorównywał jej wzrostem i wcale nie zdziwiłaby się, gdyby okazali się być w tym samym wieku.
- Dasz radę iść? - spytała.
Zmierzyła go taksującym spojrzeniem. Nie ma mowy, nie dałaby rady go nieść. Był bardzo chudy, ale za wysoki, zbyt nieporęczny. Na szczęście on odparł cicho:
- Tak, dam radę.
Zaczął powoli schodzić po schodach, cały czas wspierając się na poręczy. Dziewczynka wyprzedziła go, z wdziękiem przeskoczyła nad trupem, po czym zatrzymała się i obróciła, by sprawdzić, czy Nagato za nią idzie.
Zobaczyła go, ale nie zarejestrowała, czy chłopiec się chociażby poruszył, bo coś piekącego spadło jej na policzek.
Zaczynało padać, a od kiedy świat się skończył, deszcz znajdował się na liście najbardziej niebezpiecznych zjawisk, jakie istniały.
Dwoma skokami dopadła do schodów, złapała chwiejącego się Nagato za ubranie i wepchnęła go na klatkę. Zatrzasnęła drzwi i zapaliła latarkę, chcąc widzieć jego twarz.
- Co się stało? - spytał cichutko.
- Deszcz pada – odpowiedziała. - Musimy tu zostać.
W słabym światełku zauważyła, jak usta mu drżą. Wiedziała, że chłopiec nie chce tu zostać, wiedziała, że się boi i że spotkała go tu jakaś straszna krzywda, ale gdyby wyszli na deszcz, zostaliby potwornie poparzeni. Policzek, na który spadła jedna kropla, piekł ją niemiłosiernie.
Nagato chyba chciał znów się do niej przytulić, ale się powstrzymał. Konan w tym momencie bardzo pożałowała swojej domniemanej choroby – mniejsza z tym, że najpewniej umrze w przeciągu kilku dni, teraz miała wielką ochotę go objąć. W końcu go znalazła i był jej, więc powinna mieć prawo!
- Konan... – szepnął błagalnie chłopiec. - Ja nie chcę tu zostawać...
Dziewczyna wstała, złapała go za rękę i pociągnęła do góry.
- I nie zostaniesz – stwierdziła. - Czas wpuścić trochę światła.
Podeszła do drzwi od mieszkania i zaczęła majstrować przy zamku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz