1.
Kiedy Nagato szedł z miasta na wieś, droga wydawała mu się przynajmniej trzy razy krótsza, niż kiedy szedł ze wsi do miasta.
Ale działo się tak najpewniej dlatego, że wtedy mógł iść ubitą drogą, a nie podmokłym polem, jego rodzice żyli, a oddział pięciu uzbrojonych mężczyzn miał lepsze rzeczy do roboty, niż szukanie go.
Starał się biec, ale nogi co chwila zapadały mu się w błoto i zaplątywały w korzenie martwej kukurydzy. Było mu niedobrze ze strachu, a kiedy słyszał ohydne cmokanie butów wyciąganych z rozmokniętej ziemi wydawało mu się, że nie wytrzyma i zwymiotuje.
Usłyszał strzały, daleko za sobą. Krzyknął krótko, ale zaraz zatkał usta dłonią – nie chciał marnować oddechu na krzyk.
Jego wnętrze wypełniła ciepła, słodka ulga – prześladowcy natknęli się na innego uciekiniera, który nie miał tyle szczęścia, co on, więc jego tak szybko nie dogonią. A widoczna w oddali wieża kościelna wydawała się być coraz większa i większa...
Usłyszał strzały, daleko za sobą. Krzyknął krótko, ale zaraz zatkał usta dłonią – nie chciał marnować oddechu na krzyk.
Jego wnętrze wypełniła ciepła, słodka ulga – prześladowcy natknęli się na innego uciekiniera, który nie miał tyle szczęścia, co on, więc jego tak szybko nie dogonią. A widoczna w oddali wieża kościelna wydawała się być coraz większa i większa...
***
Wyszedł z błotnistego pola na drogę, schylił się, z trudem łapiąc oddech. Wiedział, że nie powinien się tu zatrzymywać, bo kiedy stoi na szosie, snajperzy mogą zastrzelić go jak kaczkę, ale był potwornie, potwornie wykończony. A stojąc na pofalowanym i pełnym dziur, ale twardym i stabilnym asfalcie, czuł się jakby po bardzo, bardzo długim czasie chwiania się zdołał złapać równowagę.
Spojrzał na oświetlane promieniami zachodzącego słońca bloki i powoli zaczął iść w ich stronę. Wydawały się być... Martwe. Ściany były obłupane, głównie z farby, ale w niektórych miejscach warstwa betonu odpadła aż do ocieplenia, strasząc przywodzącym na myśl obdarte ze skóry, żywe ciało styropianem. Ale najgorsze były okna – okna bez szyb, czy nawet desek.
Nagato przygryzł wargi. Myśl, że będzie musiał schować się w którymś z tych budynków, wydawała mu się jeszcze bardziej przerażająca od zastrzelenia. Gdyby złapali go mordercy jego rodziców, przynajmniej od razu by go zabili... Nie wiedział, co może go spotkać w mieście, w którym dopiero co otwarto bunkier.
Wziął głęboki oddech i ruszył przez nieduże, porośnięte martwą trawą podwórko, w stronę wejścia do jednego z bloków. Wydawało mu się, że z każdym krokiem pokonuje mniejszą odległość, niż powinien, albo ze czas zaczął płynąć bardzo powoli.
Chciał pobiec, ale się bał.
Wszedł po schodkach na betonowe podwyższenie, wyciągnął rękę i niepewnie dotknął klamki. Była lepka, a ustąpiła gdy tylko na nią nacisnął.
Przekroczył próg i znalazł się w zapylonym, ciemnym wnętrzu. Skrzywił się z obrzydzeniem. Śmierdziało, ale nie potrafił stwierdzić, czym. Stęchlizną chyba, albo... Zgnilizną.
Zamknął za sobą drzwi i zrobiło się tak ciemno, że nie widział nawet swojej dłoni. Na klatce schodowej nie było okien.
Wymacał ścianę, potem kaloryfer. Przycupnął pod nim, spazmatycznie złapał jedno z lepkich, metalowych żeber. Zacisnął powieki, jakby bał się, że zobaczy coś nieludzkiego wyłaniającego się z mroku.
Drzwi wolał zostawić zamknięte, bojąc się, że ktoś go znajdzie. Wiedział, że gdyby otworzył mieszkanie, wpuściłby trochę światła, ale bał się również tego, co może w nim być. Mniejsza z dzikimi lokatorami – gdyby zobaczył siedzące w fotelu albo leżące na łóżku zgniłe czy wyschnięte zwłoki, uciekłby z wrzaskiem, stając się łatwym celem dla swoich prześladowców.
Oczami wyobraźni widział szare, matowe zęby wystające spomiędzy rozkładających się warg, ale zanim zdążył się ich naprawdę przestraszyć, usłyszał niski, ochrypły i nieprzyzwoicie znajomy głos, dochodzący zza drzwi:
- Któryś z nich mógł tu przyjść. Lepiej spalmy te rudery, zanim zaraza się rozprzestrzeni.
Spojrzał na oświetlane promieniami zachodzącego słońca bloki i powoli zaczął iść w ich stronę. Wydawały się być... Martwe. Ściany były obłupane, głównie z farby, ale w niektórych miejscach warstwa betonu odpadła aż do ocieplenia, strasząc przywodzącym na myśl obdarte ze skóry, żywe ciało styropianem. Ale najgorsze były okna – okna bez szyb, czy nawet desek.
Nagato przygryzł wargi. Myśl, że będzie musiał schować się w którymś z tych budynków, wydawała mu się jeszcze bardziej przerażająca od zastrzelenia. Gdyby złapali go mordercy jego rodziców, przynajmniej od razu by go zabili... Nie wiedział, co może go spotkać w mieście, w którym dopiero co otwarto bunkier.
Wziął głęboki oddech i ruszył przez nieduże, porośnięte martwą trawą podwórko, w stronę wejścia do jednego z bloków. Wydawało mu się, że z każdym krokiem pokonuje mniejszą odległość, niż powinien, albo ze czas zaczął płynąć bardzo powoli.
Chciał pobiec, ale się bał.
Wszedł po schodkach na betonowe podwyższenie, wyciągnął rękę i niepewnie dotknął klamki. Była lepka, a ustąpiła gdy tylko na nią nacisnął.
Przekroczył próg i znalazł się w zapylonym, ciemnym wnętrzu. Skrzywił się z obrzydzeniem. Śmierdziało, ale nie potrafił stwierdzić, czym. Stęchlizną chyba, albo... Zgnilizną.
Zamknął za sobą drzwi i zrobiło się tak ciemno, że nie widział nawet swojej dłoni. Na klatce schodowej nie było okien.
Wymacał ścianę, potem kaloryfer. Przycupnął pod nim, spazmatycznie złapał jedno z lepkich, metalowych żeber. Zacisnął powieki, jakby bał się, że zobaczy coś nieludzkiego wyłaniającego się z mroku.
Drzwi wolał zostawić zamknięte, bojąc się, że ktoś go znajdzie. Wiedział, że gdyby otworzył mieszkanie, wpuściłby trochę światła, ale bał się również tego, co może w nim być. Mniejsza z dzikimi lokatorami – gdyby zobaczył siedzące w fotelu albo leżące na łóżku zgniłe czy wyschnięte zwłoki, uciekłby z wrzaskiem, stając się łatwym celem dla swoich prześladowców.
Oczami wyobraźni widział szare, matowe zęby wystające spomiędzy rozkładających się warg, ale zanim zdążył się ich naprawdę przestraszyć, usłyszał niski, ochrypły i nieprzyzwoicie znajomy głos, dochodzący zza drzwi:
- Któryś z nich mógł tu przyjść. Lepiej spalmy te rudery, zanim zaraza się rozprzestrzeni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz